Oczywiście jest też druga strona tego zagadnienia, o której trzeba powiedzieć wprost i bez udawania, że jej nie ma.
Bardzo wygodnym modelem pracy jest sytuacja, w której w jednej transakcji pobieramy wynagrodzenie wyłącznie od strony sprzedającej, a jednocześnie w bezpośrednim kontakcie obsługujemy również stronę kupującą. W praktyce oznacza to, że w ramach jednego, z góry założonego wynagrodzenia prowadzimy obie strony procesu — zarówno sprzedającego, jak i kupującego.
I nie ma sensu tego ubierać w inne słowa — z biznesowego punktu widzenia jest to rozwiązanie korzystne. Najczęściej oznacza po prostu wyższe wynagrodzenie.
Jednocześnie jednak ten model zaczyna coraz częściej rodzić konkretne trudności.
Coraz wyraźniej widać problem z obroną wysokiego wynagrodzenia. W polskich realiach standardowo mówimy o poziomie około 3% po jednej stronie i 3% po drugiej stronie. Na wielu rynkach międzynarodowych całkowita prowizja mieści się w przedziale 5–7%. Sama wysokość wynagrodzenia przestaje być więc głównym tematem.
Kluczowe staje się to, w jaki sposób jest ono podzielone i jak jest komunikowane. Czy wynagrodzenie jest rozdzielone na stronę sprzedającą i kupującą? Czy jest to jedno wynagrodzenie, w ramach którego agent z góry przewiduje różne scenariusze i zabezpiecza również współpracę z drugą stroną? Czy wreszcie powinniśmy dążyć do modelu, w którym każda ze stron płaci za swoją reprezentację?
Te pytania nie są dziś teoretyczne. One realnie pojawiają się w codziennej pracy.
Można sobie wyobrazić sytuację, w której model zostaje uproszczony do maksimum: agent sprzedającego pracuje dla sprzedającego i jest przez niego wynagradzany, agent kupującego pracuje dla kupującego i jest przez niego wynagradzany. Każdy odpowiada za swoją stronę i każdy jest rozliczany za swoją wartość.
Tylko że taki model nie funkcjonuje w próżni. On wymaga systemu. Wymaga uporządkowania zasad współpracy, jasnej komunikacji, powszechności umów po obu stronach i przede wszystkim wspólnego rozumienia tego, czym jest rola agenta w procesie. Prawda jest taka, że nawet mając tę świadomość, bardzo często wybieram model, w którym prowadzę obie strony transakcji i już na samym początku ustalam wysokość wynagrodzenia w taki sposób, aby obejmowało ono różne możliwe scenariusze.
Dlaczego?
Bo jest to rozwiązanie operacyjnie prostsze. Bo daje większą kontrolę nad przebiegiem procesu. Bo pozwala szybciej doprowadzić transakcję do zamknięcia. Jednocześnie mam pełną świadomość, że ten wybór niesie za sobą konsekwencje. Może wpływać na trudność w pozyskiwaniu nieruchomości, ponieważ obrona wyższego wynagrodzenia zawsze będzie wyzwaniem. I jest to doświadczenie, które zna większość agentów i które najprawdopodobniej jeszcze długo pozostanie częścią tej pracy. Jeżeli więc myślimy o realnej zmianie modelu — takiej, w której każda strona płaci za swoją reprezentację — to nie wydarzy się ona poprzez pojedyncze decyzje jednostek. To wymaga zmiany sposobu pracy większej grupy ludzi.
Być może pierwszym krokiem wcale nie jest rewolucja po stronie kupującego.
Być może pierwszym krokiem jest dopracowanie wartości po stronie sprzedającego. Umiejętność pozyskiwania nieruchomości w sposób świadomy, prowadzenia procesu do końca i uzasadniania wynagrodzenia na poziomie 3%, 4% czy 5%. Bo dzisiaj, i warto to powiedzieć wprost, strona sprzedająca zdecydowanie częściej widzi wartość pracy agenta niż strona kupująca. I to również wpływa na sposób, w jaki funkcjonują modele wynagradzania. Dlatego wracam do pytania, które w tym kontekście wydaje się kluczowe.
Czy rzeczywiście problemem jest sam komunikat „kupujący nie płaci prowizji”? Czy może problemem jest brak wspólnego, zrozumiałego i konsekwentnie stosowanego modelu pracy? Bo jeśli na początku jesteśmy w stanie jasno określić zasady, podział ról i sposób wynagradzania, to wiele z tych napięć po prostu znika. Jeżeli natomiast nadal budzi to wątpliwości i kontrowersje, to być może nie chodzi o jedno zdanie w ofercie. Być może jesteśmy po prostu w momencie, w którym rynek szuka nowego porządku. I to nie jest zjawisko lokalne.
Na rynkach rozwiniętych również obserwujemy zmiany w podejściu do wynagradzania agentów i relacji między stronami transakcji. Przykładem mogą być chociażby regulacje wprowadzane w Stanach Zjednoczonych w 2024 roku, które w istotny sposób wpływają na sposób funkcjonowania systemu MLS i komunikowania wynagrodzeń.
I być może właśnie w takim momencie jesteśmy dziś jako rynek. Nie w miejscu, w którym wszystko jest już ustalone. Tylko w miejscu, w którym dopiero uczymy się nazywać rzeczy wprost i świadomie wybierać model, w jakim chcemy pracować dalej.
Na koniec jest jeszcze jedna rzecz, która przez długi czas była dla mnie źródłem realnej trudności.
Brak jednego, wspólnego komunikatu pomiędzy agentami nieruchomości funkcjonującymi na rynku. Każdy pracuje według własnego modelu. Każdy ma swoje zasady, swoje doświadczenia i swoje sposoby prowadzenia transakcji. I to samo w sobie nie jest problemem. Problem zaczyna się w momencie, kiedy nie ma nawet podstawowego, najprostszego standardu, który pozwala się porozumieć.
To właśnie najbardziej mnie frustrowało we współpracy. Bo ta różnorodność modeli bardzo często przekładała się na trudność w pozyskiwaniu ofert. Trzeba było tłumaczyć, dlaczego pracujesz na poziomie 5%, kiedy obok pojawiają się propozycje na poziomie 1% czy 1,5%. Trzeba było tłumaczyć, co tak naprawdę oznacza model, w którym kupujący nie płaci prowizji i jak wygląda to w praktyce.
A w praktyce oznacza to coś bardzo konkretnego. Jeżeli od samego początku zakładamy, że wynagrodzenie będzie pobierane zarówno od strony sprzedającej, jak i od strony kupującej, to w momencie negocjacji bardzo trudno jest realnie reprezentować interes jednej ze stron.
Wchodzimy wtedy w rolę mediatora.
A to jest moment, w którym zaczynają pojawiać się napięcia. Bo kupujący bardzo często nie chce już „mediowania”. Nie chce oddawać decyzji dotyczących swojego majątku w ręce kogoś, kto nie jest jednoznacznie po jego stronie. Pojawia się większa presja, większa ostrożność i mniejsze zaufanie do całego procesu. I to nie wynika ze złej woli.
To wynika z konstrukcji modelu i z braku jasnej komunikacji na początku. I właśnie z tej obserwacji, z tego doświadczenia pracy w różnych układach i z potrzeby uporządkowania tego chaosu pojawiła się kolejna decyzja. Decyzja o stworzeniu miejsca, które będzie skupiało ludzi myślących podobnie.
Takich osób na rynku jest bardzo dużo. Tylko są rozproszone. Niewidoczne. Działają obok siebie, ale nie razem.
Dlatego powstała przestrzeń, która ma pełnić kilka bardzo konkretnych funkcji. Po pierwsze, ma być narzędziem do budowania wizerunku agenta nieruchomości – takiego, który jasno komunikuje swoją rolę, sposób pracy i wartość, jaką wnosi do procesu. Po drugie, ma porządkować komunikację. Pokazywać, kto kogo reprezentuje, na jakich zasadach pracuje i jak wygląda współpraca. Po trzecie, ma umożliwiać selekcję. Nie wszystkich, tylko tych, którzy chcą pracować w określonym standardzie i są gotowi go współtworzyć.
Celem nie jest stworzenie kolejnego miejsca w internecie. Celem jest zebranie w jednym miejscu ludzi, którzy myślą podobnie, chcą ze sobą współpracować i mają gotowość do tego, żeby z czasem taki sposób pracy stał się standardem.
Standardem, który będzie widoczny.
A nie ugadywany pod stołem.


